Dzieci szczęścia





Ale w dniu, w którym się zdarzyło owo podwójne spotkanie Marceli z Ożycką i Kalicką, prezes zastał ją tak pogrążoną w rozpaczy, iż nawet jego wejście nie rozchmurzyło jej
czoła, nie zabarwiło bladej twarzy.
— Stało się, co stać się musiało — pomyślał.
Siedziała z głową pochyloną i wyciągnęła do niego rękę, jak rozbitek tonący do tego, co mu ratunek podać może.
Łagodna jej natura cierpiała, ale nie miała żalu do sprawcy cierpień.
— Och!
— zawołała — Jadwinia miała słuszność, że dom ten porzuciła; zrozumiałam to aż nadto dobrze!
Prezes milczał, wziął tylko jej ręce i tulił do ust.
— Odnajdziemy ją — wyrzekł wreszcie — rozesłałem zapytania na wszystkie strony.
— Nie — szepnęła gorączkowo Marcela. — Ona tu wrócić nie powinna.
Świat jest za nadto zły. W jego oczach ja jestem zgubioną.
Wypowiedziała te słowa szukając u niego opieki i obrony.
— Tak jest — pochwycił, trzymając ciągle w swoich jej ręce.
— Świat jest zły, jest niesprawiedliwy, ale tylko dla tych, którzy go się lękają, ktorzy drżą przed jego wyrokiem.
Natomiast schyla głowę przed tymi, co mają odwagę śmiało stawić mu czoło, rzucić mu rękawicę i wyzwać przesądy jego do walki.
— Jakto!
— spytała, nie rozumiejąc go dobrze.
— Świat, jak wszystko, co podłe, depce pokornych, a szanuje silnych.
Czy sądzisz pani, że te kobiety co śmieją odwracać się od ciebie, uczyniłyby to, gdybyś szła wsparta na mojem ramieniu? Czy sądzisz, że ja obronić cię nie potrafię?
Źrenice jej zapaliły się nagłą nadzieją.
— Och! — zawołała — potrafisz gdy tylko zechcesz.
— A więc nie płacz — szepnął obejmując lekko jej kibić — zaufaj mi; wiesz, jak cię kocham.
Skłoniła głowę na jego ramię ze spojrzeniem konającej łani, na ustach jej wykwitł uśmiech szczęścia.
— I oddasz, mi ster swego losu? — pytał namiętnie.
— Och! tak!
— szepnęła.


<<Poprzednia 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 32 | 33 | 34 | 35 | 36 | 37 | 38 | 39 | 40 | 41 | 42 | 43 | 44 | 45 | 46 | 47 | 48 | 49 | 50 | 51 | 52 | 53 | 54 | 55 | 56 | 57 | 58 | 59 | 60 | 61 | 62 | 63 | 64 | 65 | 66 | 67 | 68 | 69 | 70 | 71 | 72 | 73 | 74 | 75 | 76 | 77 | 78 | 79 | 80 | 81 | 82 | 83 | 84 | 85 | 86 | 87 | 88 | 89 | 90 | 91 | 92 | 93 | 94 | 95 | 96 | 97 | 98 | 99 | 100 | 101 | 102 | 103 | 104 | 105 | 106 | 107 | 108 | 109 | 110 | 111 | 112 | 113 | 114 | 115 | 116 | 117 | 118 | 119 | 120 | 121 | 122 | 123 | 124 | 125 | 126 | 127 | 128 | 129 | 130 | 131 | 132 | 133 | 134 | 135 | 136 | 137 | 138 | 139 | 140 | 141 | 142 | 143 | 144 | 145 | 146 | 147 | 148 | 149 | 150 | 151 | 152 | 153 | 154 | 155 | 156 | 157 | 158 | 159 | 160 | 161 | 162 | 163 | 164 | 165 | 166 | 167 | 168 | 169 | 170 | 171 | 172 | 173 | 174 | 175 | 176 | 177 | 178 | 179 | 180 | 181 | 182 | 183 | 184 | 185 | 186 | 187 | 188 | 189 | 190 | 191 | 192 | 193 Nastepna>>